Poborczyk Rafał

W sumie nie bardzo wiem, co napisać. Gdy na "grupie" ludzie zaczęli pisać czym się zajmują, jakie cuda to mi pozostało tylko smutno popatrzeć w lustro ;)
Z perspektywy czasu, chyba największym moim osiągnięciem, było przeżycie w jednym kawałku od pierwszych chwiejnych kroków stawianych w okresie PRL-u do czasów współczesnych w których również czasem zdarza mi się mieć chwiejny krok.
Pomysły na które wpadałem pacholęciem będąc, chyba podświadomie miały przygotować mnie na apokalipsę "Z". Zabawy w berka na rusztowaniach trzypiętrowego bloku, wyprawy na budowy, pływanie na tratwach po osiedlowym jeziorku. Ba! na tratwach - wczesną wiosną na krach, po których również skakało się beztrosko, ćwicząc refleks, zwinność, orientację, oraz pływanie w lodowatej wodzie ;)
Wojny z okolicznymi podwórkami, podczas których okoliczne krzewy traciły witki a my zyskiwaliśmy guzy i pręgi na ciele ;)
Wszystko to mogło sprawić, że przeżyję dzień gdy zmarli niczym nauczyciel na niezapowiedzianej kartkówce postanowią sprawdzić co mamy w głowach, jednak wszystko wskazuje na to, że stało się inaczej...
Cóż, czasem nadchodzi taki dzień, jak ten gdy stojąc w krótkich spodenkach na osiedlowej górce, opuszczony przez swoich ludzi, otoczony hordą wrogiej dzieciarni, ostrzeliwując się desperacko bryłkami ziemi, zobaczyłem idącego w mym kierunku starszego o ładnych kilka lat chłopaka. Który nic nie robiąc sobie z ciskanych przeze mnie grudek, podszedł do mnie, wyjął mi zza paska plastikową szpadę kupioną w papierniku, zawiązał ją na supełek, po czym rozpoczął regularny łomot.
W taki, dzień człowiek uświadamia sobie, że czasem zwykła bryłka ziemi to za mało, a przydałby się solidny kawałek cegły ;)